Położne z porodówki były bardzo miłe i uśmiechnięte, mój partner natomiast był blady i przestraszony, kiedy spojrzałam na niego zdałam sobie sprawę z tego, że poród rodzinny to jednak był błąd.
Zaraz po przyjeździe na porodówkę zabrano mi gaz znieczulający i zaprponowano mi naturalną pozycję porodu na kolanach. Nie mam porównania ale faktycznie pozycja jest naprawdę wygodna i zawsze mogłam zacisnąć dłonie i zęby na oparciu od łóżka.
Cały poród (z perspektywy czasu) był krótki. Najciężej było mi wyprzeć główkę, miałam wrażenie, że utknęła, a ja wiedziałam, że nie mogę się wycofać.
Po pół godziny usłyszałam głos mojej księżniczki i podano mi ją do rąk. Była cała sina,we krwi, a za nią ciągnęła się pępowina. Nawet nie pamiętam co wtedy zrobiłam, co powiedziałam do niej, byłam w szoku. Wiem, że gdy tylko ją przytuliłam do siebie na chwile pielęgniarki zabrały mi ją i razem z Tomkiem zaczęły czyścić i ubierać.
Najprzyjemniejszą częścią porodu było urodzenie łożyska. Potem czułam tylko ulgę. Okazało się, że popękała mi skóra więc musiałam być zszyta, a że miałam zamiar karmić piersią dostałam znieczulenie miejscowe i oddano mi gaz znieczulające. Już po kilkunastu minutach miałam Zosię na rękach.
W życiu nie myślałam, że skurcze i cały poród może być tak bolesny, ale w chwili gdy usłyszałam płacz dziecka moje łzy przemieniły się we łzy szczęścia. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu.
DZIECKO JEST CUDEM!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz